sobota, 2 marca 2013

Pierwsza randka.

Siemka:)
Od wczoraj nie będę owijała w bawełnę, tylko od razu dawała opowiadanie:)
Więc zacznijmy.


   Spałam jak zabita, gdy nagle znowu o ósmej obudził mnie dzwonek mojego telefonu. Czy on nie może sobie odpuścić?
   Rozłączyłam się i napisałam mu sms'a ,,Śpie, więc nie mogę rozmawiać''. Po minucie doszła odpowiedź ,,Przepraszam, już nie będę przeszkadzał. Tylko pamiętaj, o piętnastej po Ciebie przychodzę! :)''. No tak! Umówiliśmy się wczoraj i on na  FB. napisał, że idzie na ''randkę'' a to jest zwykłe spotkanie. Czemu wymyślił od razu coś takiego? Ale cóż, serce nie sługa i w głębi duszy byłam szczęśliwa, co próbował nie ujawniać światu mój umysł. Przypomniał mi się stary, dobry suchar ''Gdzie dogadują się serce i rozum? W reklamie!'', kiepski dowcip, ale prawdziwy.
   Spałam tylko pięć minut, bo myśli miałam zajęte. I jak tu się wyspać w wakacje, skoro ma się takiego... kolegę? Trudno, przynajmniej się wyszykuję. Nie widziałam go przez dobry tydzień, to będzie chyba pierwszy raz w te wakacje. Ale ''chyba''.
   Wyszłam z łazienki i pobiegłam na dół do kuchni. Nie śpieszyło mi się, to był odruch. Zjadłam kanapkę z nutellą i poszłam na górę do mojego pokoju i posłałam łóżko.
   A ubrana byłam normalnie. Białe dżinsy, jasnozielone skarpety, biała T-skirt z żółtoczerwonym napisem i na to rozpięta niebieska koszula w różowe i białe cienkie kratki. We włosach miałam czarną opaskę i wyglądało to dosyć dobrze. Nie ubierałam się z myślą o spotkaniu z Nathanem, tylko o wygodzie i modzie. No, o estetyce ubioru. A do tego ubiorę trampki. To dobra kompozycja.
   Siedziałam przed laptopem i spojrzałam na godzinę. Czternasta pięćdziesiąt pięć. Zadzwonił telefon.
   - Będę za pięć minut. Bądź gotowa.
   - Spoko. Do zoo! - i się rozłączył.
   Wyłączyłam kompa i poprawiłam włosy oraz kołnierzyk. Podeszłam do lustra. Dobrze było. Wyjrzałam przez okno. Już idzie. To nie było pięć minut! Na wszelki wypadek, zbiegłam na dół i zaczęłam ubierać trampki. Mama na mnie spojrzała pytająco.
   - Idę na spacer z Nathanem. Spoko, wrócę jak najwcześniej, najchętniej zostałabym w domu - powiedziałam zgodnie z prawdą. Mama wywróciła oczami i odwróciła się w stronę kuchni. Kiedy tam weszła zadzwonił dzwonek od drzwi. Otworzyłam je pośpiesznie.
   - Cześć - powiedział.
   - Cześć - odrzekłam.
   Zauważyłam, że dobrze się ubrałam. Nie był dziś upał, a Nathan też miał koszulę. Wyglądał podobnie jak na zakończeniu roku szkolnego. Ale miał dłuższe, ładniejsze włosy. Przybrały jaśniejszy kolorek. Uśmiechnął się i rzekł:
   - Widzę, że jesteś gotowa. No chyba, że się mylę.
   - Nie, nie. Ja jestem gotowa. Możemy iść. - Wyszliśmy z domu. I to on zamknął drzwi.
   Doszliśmy do furtki, otworzył ją, przepuścił mnie, poszedł za mną i zamknął furtkę. Muszę przyznać, był uprzejmy.
   Zaprowadził mnie na plac zabaw! Już miałam się zaśmiać, kiedy on nagle złamał mnie za rękę. Byłam zaskoczona tym gestem.
   - Przepraszam, że akurat to miejsce, ale nie miałem lepszego pomysłu.
   - Nie, no spoko. Mam fajne wspomnienia z tego miejsca! O, jak się huśtałam na tamtej huśtawce to kopnęłam w głowę Kubę. He, he. Ale był ubaw. Należało mu się.
   - Nie wnikam w to.
   - Tsaaaa....
   - Zapraszam do tego domku nad zjeżdżalnią.
  - Skorzystam z tego zaproszenia. - Uśmiechnęłam się. Schodki na górę zjeżdżalni o domku były malutkie i trudno było wejść. Nathan złapał mnie w talii i podniósł tak, że natychmiast znalazłam się na samym szczycie. On dosyć szybko do mnie doszedł.
   Schyliłam się, żeby wejść do małego domku przez drzwi dla dzieci z zerówki. Zobaczyłam rozłożony kosz w czerwono-brązową kratkę i koszyk piknikowy na środku. Nathan zaprosił mnie gestem, żebym przysiadła. On zajął miejsce naprzeciwko i się uśmiechnął. Wybrał idealną porę, bo zaczął padać deszcz i strasznie grzmiało. No cóż, chyba nie wrócę za szybko do domu, jak ma tak dalej padać.
   - Zaplanowałeś taką pogodę?
   - Pogodę nie, ale miejsce tak. I widzisz, dobrze trafiłem. - Zaśmiał się triumfalnie.
   - No, to co będziemy robić przez resztę dnia? - Spojrzałam na wielki kosz piknikowy.
   - Cóż, rozmawiać, śmiać się i wziąłem Smartfona. Jak będziesz chciała, to możesz wejść na Fejsa.
   - Wątpię, żeby tu był net. Po za tym, nie po to tu przyszłam.
   - Więc zaplanowałaś co będziemy robić?
   - To zostawiłam tobie. Lubię niespodzianki.
   - A jeżeli chodzi o ciebie, to lubię je robić.
   - Heh, nie przeginaj. Ale miło, że jesteś miły. Na początku myślałam, że będziesz jak drugi Marek. Zachowywałeś się jak idiota i to dlatego.
   - Śmieszne, ja cie uznałem za kujonkę! Ale potem, wszystkie dziewczyny się na mnie tak dziwnie gapiły i coś do siebie mówiły. Do ciebie również, ale ty nie zdawałaś się zainteresowana tym, co one mówią. I to mi, można powiedzieć, zaimponowało.
   - Powiedziałabym, że mi miło, al eza tę kujonkę, no to już przesadziłeś!
   - Sorki, taki ze mnie dziwny typ.
   - I cały mój. - Wreszcie! Mózg i serce się zgadali. No, chociaż jeszcze się nie czułam swobodnie w jego obecności, ale za to mogłam mówić to co myślę.
   - Tak, cały twój. I to mi się podoba. - Powiedział uradowany.
   Po godzinie zniknęło co nieco z kosza, a ja się coraz lepiej czułam przy nim. Chyba jednak, dobrze, że posłuchałam się głosu serca. Normalnie, to siedziałabym teraz przed kompem, a tak spędzam miło czas z moim chłopakiem. O! I wreszcie się nie waham! Tak, to będzie coś. Nie mogę się doczekać dnia kolejnego, ale i nie chcę, by ten się skończył.
   Pośmialiśmy się, pogadaliśmy i lepiej poznaliśmy. Żałowałam, że na samym początku nie uznałam go za fajnego gościa. Było mi głupio i kilka razy to wtrąciłam.
   - Ach, jaka ja byłam głupia, że tak źle o tobie myślałam! - użalałam się.
   - To nie twoja wina, tylko mojego charakteru. To dopiero przy tobie zmieniłem się na lepsze. - Przeczołgał się do mnie i objął ramieniem. Położył głowę na moim barku, a ja swoją głowę oparłam na jego. Słychać było jak się uśmiechnął. Odwzajemniłam to. Było tak fajnie. Poco modliłam się o to, by ten dzień nie nadszedł? Teraz chciałam tylko, by ten dzień, ta chwila trwała w nieskończoność. Było fantastycznie, niesamowicie, cudownie.  To on przerwał ciszę, czego nie miałam mu za złe. Szepnął:
   -Wiesz, kocham cie.
   - Ja ciebie też.
   Ta chwila była piękna. Wsłuchiwaliśmy się w burze i bicie naszych serc. Nagle słychać było piorun. Nathan wtulił się we mnie mocniej. Zapytałam:
   - Boisz się?
   - Nie, a ty?
   - Też nie. - i również się w niego wtuliłam. Byłam w niebo wzięta. Już nigdy go nie opuszczę.
   Nagle stała się okropna rzecz. Była już osiemnasta i przestało padać! Musiałam wracać do domu. Nathan o tym doskonale wiedział.
   Przeniósł się naprzeciwko mnie i dzielił nas kosz piknikowy. Wyciągnął z niego paczkę Oreo, dwie szklanki i malutki kartonik mleka.
   - Chyba nie starczy go na dwie szklanki. - Stwierdziłam i złapałam kartonik.
   - Na dwie nie, ale na jedną, w końcu mamy tylko zamoczyć ciastka. - I tu miał rację. Uśmiechnął się triumfalnie i nalał mleko. Ja otworzyłam paczkę ciastek i  wzięłam jedno. On zrobił to samo.
    W tym samym czasie włożyliśmy ciastka do szklanki i nasze Orea się puknęły. Popatrzył na mnie i niem zdążyłam mrugnąć już utknęłam w jego pocałunku. Trwało to tylko ze dwie minuty.
   - Przepraszam, ale wylałem mleko. - Spojrzał na koc i zaśmiał się łobuzersko. W końcu przeniósł wzrok na mnie i moją koszulę. Była cała w mleku!
   - Spokojnie, ta koszula już rano miała w planach znalezienie się w pralce na koniec dnia. - Zaśmiał się i podał mi bluzę. Ściągnęłam koszulę i założyłam tę bluzę. Mój T-skirt naszczęście ocalał.
   - No, chyba musimy się zbierać. -zakomunikował.
   - Gdyby tylko mi się chciało - dodał
   - A myślisz, że ja chcę? - Usiadł koło mnie i przytulił się. Odwzajemniłam to.
   Jednak, miał rację. Musimy już iść.
   - Pomogę ci układać.
   - Zwariowałaś?! Zaraz wyślę komuś sms'a i przyjdzie ekipa sprzątająca.
   - Do Bartka czy Mariana?
   - Barttka. - I wszystko było jasne. Jak wysłał wiadomość, nie bojąc się kałuży na zjeżdżalni zjechał w dół i mnie też zachęcał.
   - Już dostatecznie zmokłam! - zawołałam.
   Wzięłam swoją koszulę i skoczyłam ze schodów. Szliśmy do mojego domu pogrążeni w rozmowie.
   Przed furtką dał mi całusa w policzek i grzecznie się pożegnał. I tak minął ten dzień. A mógł by trwać wiecznie...